Blog > Komentarze do wpisu

Ofiary wzmożonych kontroli

Już jakiś czas temu wrócili nasi archeolodzy z Jiyeh i Szhim, ale czekałąm na zdjęcia, żeby o tym napisać. A tu zdjęć, póki co, nie ma. Poczekam na nie jeszcze trochę, bo to w końcu czas urlopów...

A powrót z Libanu był z przygodami. Z powodu próbek starożytnej ceramiki.

Ale po kolei. Najpierw się pakowali. Dwa dni. Likwidowali bazę w Jiyeh, potem w Szhim. Ani to łatwe, ani przyjemne było. Wszystko należało poskładać tak, by w przyszłym sezonie wykopaliskowym bez trudu można było całość rozpakować.

- W Jiyeh likwidowaliśmy dwa mieszkania - opowiada dr Tomasz Waliszewski, szef misji. - Zaczęliśmy od pakowania rzeczy osobistych, żeby wszystkie te plecaki i walizki były pod ręką. Potem - ściąganie posłań, składanie materaców, zbieranie rzeczy do prania, likwidacja kuchni, pakowanie kuchenki, lodówki... To wszystko na raty przewieźliśmy do Szhim samochodami osobowymi. Po najcięższy dobytek - materace, lodówkę itd. - przyjechał wynajęty pick-up. W Szhim musieliśmy to rozładować i porozkładać po magazynach. W pakowaniu brali udział wszyscy żywi i obecni. Wyjeżdżaliśmy z Libanu na raty, grupami. Najwcześniej konserwatorzy. Kilka osób, które wyruszały jeszcze do Syrii i zostały w obozie jako ostatnie, zostało w Szhim dosłownie na gołym betonie. Razem z nimi Jarek Kret, który zamierzał jechać jeszcze do Saidy a potem do Damaszku. Imprezę pożegnalną mieliśmy na walizkach. Jednocześnie po kolei braliśmy prysznic i przebieraliśmy się w ubranka wyjazdowe, bo trzeba było jechać na lotnisko.

Na lotnisko wyjeżdżali na raty. O 1.30 byli w komplecie - cała 18-osobowa grupa. Samolot - 6.05. Ale najwyraźniej to za mało dla libańskich służb...

Dr Waliszewski: - Choć byliśmy grubo przed czasem, poczłapaliśmy w kierunku pierwszej bramki. Bo tam trzeba godzinę odstać do skanera, żeby przepuścić przeze niego wszystkie bagaże - walizy i podręczne. Skanery są cztery, ale przechodzą przez nie tysiące ludzi. To trwa, bo wyłapywane są różne trefne przedmioty. Wśród nich - oliwa. To materiał łotwopalny i nie można jej przewozić. Naszych bagaży na szczęście nie trzeba było wybebeszać, żeby ją odkładać. Ale mieliśmy masę próbek do badań archeologicznych. Zgodę na ich wywóz dał nam libański minister kultury. Celników nie zainteresowały jednak kości zwierzęce ani próbki ziemi. Te ostatnie są nam potrzebne do badania pozostałości organicznych. Wydobywaliśmy je z konkretnych warstw - sprzed 1500, 1800 i 2000 i więcej lat. Mogą nam dać informacje o florze czy o zjadanych wówczas przez ludzi roślinach. Wszystko to przeszło bez najmniejszego problemu. Celnicy zainteresowali się natomiast niewielkim pudełeczkiem z próbkami ceramiki. Tu się zaczęło. Otworzyli je, złamali pieczęcie, zaczęły się pytania, a co to, a po co, a czy to na pewno starożytne? Pewnie że starożytne, inne nie byłyby nam potrzebne. Pokazałem papiery z libańskiego Ministerstwa Kultury, zgody na wywóz. Orzekli, że muszą mieć ksero. Tylko gdzie je zrobić w środku nocy? Zlitowali się i poszli z tym do swojego biura. Wrócili po 20 minutach. Potem jeszcze dzwonili do przełożonego, czy mogą to puścić. Po kolejnych 10 minutach, decyzja: można.

Idziemy do następnego celnika, a ten mówi to samo: „Muszę mieć ksero”.

Kiedy już wreszcie przeszliśmy przez tę pierwszą kontrolę przeszliśmy na koniec hali do kolejnego stanowiska odprawy. Mieliśmy lecieć tureckimi liniami lotem 1227. Ale cały czas wyświetlany był 1229, czyli wcześniejszy - o 3.45. Kazali nam czekać, to czekaliśmy. Ludzie pokładli się spać, a ja zacząłem się denerwować, bo już zbliżała się 3.45 a na tablicy nadal się niby ten wcześniejszy lot odprawiał. Podchodzę, pytam czy będzie lot następny. „Tak. Proszę czekać” - słyszę to czekamy. Mija godzina odlotu tego pierwszego samolotu, ludzie nadal podchodzą do odprawy, robi się ich coraz więcej i więcej. O 4.30 znów się denerwuję, bo to nienaturalne, że ludzie tak spóźniają się na swój lot. Podchodzę po raz kolejny. I okazuje się, że odprawiany jest już nasz. „To dlaczego wyświetlacie cały czas nr 1229?” - pytam. Przestraszyli się, zaczęli przepraszać. Okazało się, że mieli jakąś awarię na całym lotnisku i nie zauważyli tego. Rozpętało się piekło na ziemi. Gdy powiedziałem, że lecę w grupie 18 osób, obiecali, że odprawią nas osobno. I... znów kazali czekać. Zainteresowali się nami dopiero o 5. Zdążyli odprawić kilka osób i znowu awaria systemu. Nigdy w życiu nie widziałem, by odprawa szła tak wolno. Około 6 mieliśmy jeszcze do odprawienia bagaże. Zastanawialiśmy się, czy je puszczą, bo ważyły więcej niż po 30 kg, na które mieliśmy zezwolenie. W końcu panienka, która nas odprawiała, strasznie zestresowana, puściła je bez wnikania, ile to waży i ile tego jest. Jednemu ze studentów kazała nawet lecieć bez boarding pass, czyli bez karty pokładowej. Pierwszy raz w życiu o czymś takim słyszałem. Bez problemu już przeszliśmy przez odprawę paszportową i lecimy do następnej bramki. A tam kolejna odprawa-gehenna. Bo oczywiście wszystkie próbki, kości, muszle przechodzą bez najmniejszego zainteresowania, ale nieszczęsne pudełeczko z odłamkami ceramiki znowu jest zatrzymane. Przeżywamy to samo, co na początku: nie mogą odprawić; muszą zrobić ksero; ale gdzie je zrobić; w biurze... Przyszedł wreszcie przedstawiciel tureckich linii, bo zrobiła się 6.30 i dawno powinniśmy odlecieć, a stoimy. Kiedy w końcu zrobili ksero, okazało się, że to za mało. Musiał jeszcze przyjść facet z pierwszej bramki, z drugiego końca lotniska, żeby pokazać, że to ten sam dokument, który skserowali. W końcu wpuścili nas z tym pudełeczkiem do samolotu. Odlecieliśmy chyba z 50 minutowym opóźnieniem. To wszystko jest efektem pracy dyrekcji starożytności, która uczuliła celników na wywóz ceramiki antycznej z Libanu. Padliśmy ofiarą tej wzmożonej kontroli. Bo w tej chwili celnicy nastawieni są na ceramikę. Ze Stambułu do Polski wracaliśmy już bez komplikacji. A przywiezione do Warszawy próbki będą naszym kapitałem na następne lata pracy.

Wkrótce napiszę m.in. do czego naszym archeologom potrzebne są próbki starożytnej ceramiki. Wcale nie do sklejania ich, jeśli ktoś sobie tak myśli...

wtorek, 25 sierpnia 2009, joannagrabowska_net

Polecane wpisy

  • Co może powiedzieć archeologowi gwóźdź?

    Dawno, dawno temu - gdzieś na początku lipca - napisałam, że w Libanie nasi archeolodzy nie tylko kopią i konserwują. Dokumentują też zabytki odkryte w kwartale

  • Ślimaczych muszli archeologom za mało!

    Naukowa ekipa w Jiyeh z pełną powagą poszukuje nie tylko śladów i artefaktów z przeszłości, ale też muszli ślimaków. Do czego im są potrzebne? W jednej z pierws

  • Zaglądanie pod podłogę

    W pomieszczeniu nr 20 archeolodzy znaleźli kilka podłóg i warstw zasypiskowych z różnych okresów. Co to znaczy? Czego szukają? Kiedy w poprzednim sezonie archeo

Komentarze
2013/01/30 12:40:37
Polscy archeolodzy zawsze przypominały mi firmy mlm ponieważ biurokracja zabija ich prawdziwy potencjał