czwartek, 10 września 2009

Brzmi to wręcz niesamowicie, ale to prawda. W niewielkiej miejscowości Borżein, odległej dwie górskie doliny od Szhim, archeolodzy znaleźli garncarza. A w jego warsztacie - naczynia przypominające formami amfory i dzbany sprzed dwóch tysiącleci. Miejscowy garncarz wypala je w piecu dokładnie takim samym, jakiego używali w starożytności potomkowie Fenicjan.

Naczynia wyprodukowane przez garncarza z Borżein. Fot. Tomasz Waliszewski

Naczynia wyprodukowane przez garncarza z Borżein. Fot. Tomasz Waliszewski

- Żeby zrozumieć to, co działo się w przeszłości, archeolodzy często sięgają do przykładów z życia codziennego okolicy, ale przy założeniu, że są w stanie udowodnić ciągłość tradycji, że cywilizacyjne zmiany nie zmieniły kompletnie życia ludzi - mówi dr Tomasz Waliszewski. - Stąd nasze poszukiwania lokalnych warsztatów. Ceramika to element powszechny na wykopaliskach. Przez całą starożytność aż po czasy nam współczesne, kiedy została wyparta przez plastik i naczynia metalowe, była powszechnie stosowanym opakowaniem trwałym. A sposoby jej produkcji i formy są powtarzalne. Jak bardzo, przekonaliśmy się w warsztacie w Borżein. Trafiliśmy tam na garncarza z dziada pradziada. Jeszcze 20 lat temu miał warsztat w miejscowości Khalde. Dziś w jej miejscu jest lotnisko międzynarodowe w Bejrucie. Garncarz przeniósł się więc w góry do Borżein. Wytwarza amfory, dzbanki na wodę na stół, miseczki na przystawki, fantastyczne patelnie ceramiczne. Miejscowi, jego stali klienci, mówią, że w tych ostatnich świetnie robi się jajecznice. Wytwarzane przez tego garncarza naczynia mają bardzo tradycyjne formy. Przypominają te ze starożytności, nawet sprzed 2000 lat. Ciekawe jest też, że ten rzemieslnik przywozi glinę z trzech miejsc: z Bejrutu, Khalde, które mogło być tym samym źródłem surowca co w starożytności, i z wioski Ain Dara. Próbki jego ceramiki porównamy z próbkami starożytnymi, żeby zobaczyć, czy są podobne w składzie chemicznym.

W zbitym z desek warsztaciku garncarza archeolodzy prześledzili proces produkcji ceramiki. Pokazywał im, jak składuje glinę w specjalnym basenie, jak ją miesza, dorzuca dodatki i oczyszcza.

U garncarza. Basen z gliną. Fot. Tomasz Waliszewski

U garncarza. Basen z gliną przygotowywaną do produkcji naczyń. Fot. Tomasz Waliszewski

Dr Waliszewski: - Glina jest gotowa do produkcji po kilku miesiącach leżenia w basenie. Potem formowana jest na kamiennym kole, które garncarz obraca nogami. To samo koło stosował jego ojciec. W ciągu 20 minut garncarz zrobiø na nim kilkanaście naczyń. Potem suszył je i wypalał w piecu. Pokazał nam też świeży wypał. Cały piec wypełniony był kilkuset naczyniami. Ten piec wygląda dokładnie tak, jak w starożytności. To bardzo ciekawe.

W ciągu 20 minut garncarz potrafi uformować kilkanaście naczyń. Fot. Tomasz Waliszewski

W ciągu 20 minut garncarz potrafi uformować kilkanaście naczyń. Fot. Tomasz Waliszewski

Piec do wypalania ceramiki. Takie same stosowane były 2000 lat temu. Fot. Tomasz Waliszewski

16:47, joannagrabowska_net , Kto i co tam robił?
Link Komentarze (4) »
środa, 09 września 2009

Trochę długo trwał powrót do tego bloga, ale jestem i to ze zdjęciami.

Na początek obejrzyjcie obiecane wcześniej fotografie z pakowania i zwijania obozu w Jiyeh. Zrobił je Jarek Kret, który oczywiście odwiedził naszych archeologów w Libanie. Sam trudów pakowania uniknął, bo robił zdjęcia... ;). A poza tym był w końcu gościem.

Kiedy archeolodzy wracali do Polski, Jarek wyruszył w przeciwnym kierunku - do Syrii. A teraz nadal jest trudno uchwytny, bo przygotowuje nowy program - dla TVP INFO.

A ponieważ zakończył się już zwyczajowy czas urlopów, będę mogła w kolejnych notkach opisać, co w Jiyeh i Chhim się działo. I co robili konserwatorzy. Zaczynam już jutro - od wizyty u garncarza.

A teraz Krecia robota w obrazkach:

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Jiyeh. Pakowanie rzeczy i likwidacja bazy. Fot. Jarosław Kret

Zdjęcia: Jarosław Kret

A jutro - z wizytą u garncarza

15:00, joannagrabowska_net , Kto i co tam robił?
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2009

Już jakiś czas temu wrócili nasi archeolodzy z Jiyeh i Szhim, ale czekałąm na zdjęcia, żeby o tym napisać. A tu zdjęć, póki co, nie ma. Poczekam na nie jeszcze trochę, bo to w końcu czas urlopów...

A powrót z Libanu był z przygodami. Z powodu próbek starożytnej ceramiki.

Ale po kolei. Najpierw się pakowali. Dwa dni. Likwidowali bazę w Jiyeh, potem w Szhim. Ani to łatwe, ani przyjemne było. Wszystko należało poskładać tak, by w przyszłym sezonie wykopaliskowym bez trudu można było całość rozpakować.

- W Jiyeh likwidowaliśmy dwa mieszkania - opowiada dr Tomasz Waliszewski, szef misji. - Zaczęliśmy od pakowania rzeczy osobistych, żeby wszystkie te plecaki i walizki były pod ręką. Potem - ściąganie posłań, składanie materaców, zbieranie rzeczy do prania, likwidacja kuchni, pakowanie kuchenki, lodówki... To wszystko na raty przewieźliśmy do Szhim samochodami osobowymi. Po najcięższy dobytek - materace, lodówkę itd. - przyjechał wynajęty pick-up. W Szhim musieliśmy to rozładować i porozkładać po magazynach. W pakowaniu brali udział wszyscy żywi i obecni. Wyjeżdżaliśmy z Libanu na raty, grupami. Najwcześniej konserwatorzy. Kilka osób, które wyruszały jeszcze do Syrii i zostały w obozie jako ostatnie, zostało w Szhim dosłownie na gołym betonie. Razem z nimi Jarek Kret, który zamierzał jechać jeszcze do Saidy a potem do Damaszku. Imprezę pożegnalną mieliśmy na walizkach. Jednocześnie po kolei braliśmy prysznic i przebieraliśmy się w ubranka wyjazdowe, bo trzeba było jechać na lotnisko.

Na lotnisko wyjeżdżali na raty. O 1.30 byli w komplecie - cała 18-osobowa grupa. Samolot - 6.05. Ale najwyraźniej to za mało dla libańskich służb...

Dr Waliszewski: - Choć byliśmy grubo przed czasem, poczłapaliśmy w kierunku pierwszej bramki. Bo tam trzeba godzinę odstać do skanera, żeby przepuścić przeze niego wszystkie bagaże - walizy i podręczne. Skanery są cztery, ale przechodzą przez nie tysiące ludzi. To trwa, bo wyłapywane są różne trefne przedmioty. Wśród nich - oliwa. To materiał łotwopalny i nie można jej przewozić. Naszych bagaży na szczęście nie trzeba było wybebeszać, żeby ją odkładać. Ale mieliśmy masę próbek do badań archeologicznych. Zgodę na ich wywóz dał nam libański minister kultury. Celników nie zainteresowały jednak kości zwierzęce ani próbki ziemi. Te ostatnie są nam potrzebne do badania pozostałości organicznych. Wydobywaliśmy je z konkretnych warstw - sprzed 1500, 1800 i 2000 i więcej lat. Mogą nam dać informacje o florze czy o zjadanych wówczas przez ludzi roślinach. Wszystko to przeszło bez najmniejszego problemu. Celnicy zainteresowali się natomiast niewielkim pudełeczkiem z próbkami ceramiki. Tu się zaczęło. Otworzyli je, złamali pieczęcie, zaczęły się pytania, a co to, a po co, a czy to na pewno starożytne? Pewnie że starożytne, inne nie byłyby nam potrzebne. Pokazałem papiery z libańskiego Ministerstwa Kultury, zgody na wywóz. Orzekli, że muszą mieć ksero. Tylko gdzie je zrobić w środku nocy? Zlitowali się i poszli z tym do swojego biura. Wrócili po 20 minutach. Potem jeszcze dzwonili do przełożonego, czy mogą to puścić. Po kolejnych 10 minutach, decyzja: można.

Idziemy do następnego celnika, a ten mówi to samo: „Muszę mieć ksero”.

Kiedy już wreszcie przeszliśmy przez tę pierwszą kontrolę przeszliśmy na koniec hali do kolejnego stanowiska odprawy. Mieliśmy lecieć tureckimi liniami lotem 1227. Ale cały czas wyświetlany był 1229, czyli wcześniejszy - o 3.45. Kazali nam czekać, to czekaliśmy. Ludzie pokładli się spać, a ja zacząłem się denerwować, bo już zbliżała się 3.45 a na tablicy nadal się niby ten wcześniejszy lot odprawiał. Podchodzę, pytam czy będzie lot następny. „Tak. Proszę czekać” - słyszę to czekamy. Mija godzina odlotu tego pierwszego samolotu, ludzie nadal podchodzą do odprawy, robi się ich coraz więcej i więcej. O 4.30 znów się denerwuję, bo to nienaturalne, że ludzie tak spóźniają się na swój lot. Podchodzę po raz kolejny. I okazuje się, że odprawiany jest już nasz. „To dlaczego wyświetlacie cały czas nr 1229?” - pytam. Przestraszyli się, zaczęli przepraszać. Okazało się, że mieli jakąś awarię na całym lotnisku i nie zauważyli tego. Rozpętało się piekło na ziemi. Gdy powiedziałem, że lecę w grupie 18 osób, obiecali, że odprawią nas osobno. I... znów kazali czekać. Zainteresowali się nami dopiero o 5. Zdążyli odprawić kilka osób i znowu awaria systemu. Nigdy w życiu nie widziałem, by odprawa szła tak wolno. Około 6 mieliśmy jeszcze do odprawienia bagaże. Zastanawialiśmy się, czy je puszczą, bo ważyły więcej niż po 30 kg, na które mieliśmy zezwolenie. W końcu panienka, która nas odprawiała, strasznie zestresowana, puściła je bez wnikania, ile to waży i ile tego jest. Jednemu ze studentów kazała nawet lecieć bez boarding pass, czyli bez karty pokładowej. Pierwszy raz w życiu o czymś takim słyszałem. Bez problemu już przeszliśmy przez odprawę paszportową i lecimy do następnej bramki. A tam kolejna odprawa-gehenna. Bo oczywiście wszystkie próbki, kości, muszle przechodzą bez najmniejszego zainteresowania, ale nieszczęsne pudełeczko z odłamkami ceramiki znowu jest zatrzymane. Przeżywamy to samo, co na początku: nie mogą odprawić; muszą zrobić ksero; ale gdzie je zrobić; w biurze... Przyszedł wreszcie przedstawiciel tureckich linii, bo zrobiła się 6.30 i dawno powinniśmy odlecieć, a stoimy. Kiedy w końcu zrobili ksero, okazało się, że to za mało. Musiał jeszcze przyjść facet z pierwszej bramki, z drugiego końca lotniska, żeby pokazać, że to ten sam dokument, który skserowali. W końcu wpuścili nas z tym pudełeczkiem do samolotu. Odlecieliśmy chyba z 50 minutowym opóźnieniem. To wszystko jest efektem pracy dyrekcji starożytności, która uczuliła celników na wywóz ceramiki antycznej z Libanu. Padliśmy ofiarą tej wzmożonej kontroli. Bo w tej chwili celnicy nastawieni są na ceramikę. Ze Stambułu do Polski wracaliśmy już bez komplikacji. A przywiezione do Warszawy próbki będą naszym kapitałem na następne lata pracy.

Wkrótce napiszę m.in. do czego naszym archeologom potrzebne są próbki starożytnej ceramiki. Wcale nie do sklejania ich, jeśli ktoś sobie tak myśli...

08:27, joannagrabowska_net , Co tam się dzieje?
Link Komentarze (1) »
środa, 05 sierpnia 2009

Używana była około 800 lat. Mieszkańcy Szhim magazynowali w niej wodę. Kiedy już nie była potrzebna, zamieniono ją w śmietnik.

Piszę o cysternie, którą nasi archeolodzy badali w Szhim, zbudowanej kilkaset lat przed narodzinami Chrystusa. Naukowcy znaleźli ją w poprzednim sezonie pod świątynią rzymską.

Cysterna w Szhim. Fot. Miron Bogacki

Cysterna w Szhim. Fot. Miron Bogacki

- Całą ją przekopaliśmy. Ma głębokość 7-8 metrów. Śmietnik zrobiono w niej około połowy VI wieku – opowiada dr Tomasz Waliszewski. – Najprawdopodobniej tworzony był przez ludzi z chrześcijańskiej bazyliki z V wieku. Ksiądz, sprzątając świątynię, wyrzucał do tej cysterny potłuczone lampki, ceramikę kościelną.

Lampki pochodzą z połowy VI wieku. Większość jest jednego typu. - Ale znaleźliśmy tam fragmenty trzech lampek bardzo specyficznych – dodaje dr Waliszewski. – Produkowane były od VI wieku tylko w regionie Jerozolimy. To znaczyłoby, że istniały bezpośrednie kontakty wioski Szhim z Jerozolimą. Może do księdza przyjeżdżali ludzie, którzy byli w Jerozolimie i przywozili mu te lampki, jako pamiątki. Albo on sam kilka razy był w Jerozolimie i tam sobie je kupił.

Te lampki traktowane są przez archeologów, jako specyficzny produkt z Jerozolimy, sprzedawany pielgrzymom, którzy szli do Ziemi Świętej. Nazywano je kandelabr ze świecznikiem. Dr Waliszewski: - Są specyficzne, bo mają na tyle neutralną dekorację, że mogły być dawane i chrześcijanom i żydom i poganom i później muzułmanom i nikt się nie obraził. Mogło to być traktowane po prostu, jako lampka oliwna, drzewo życia, cokolwiek.

Cysterna w Szhim. Fot. Miron Bogacki

Fot. Miron Bogacki

A co dalej z cysterną? Naukowcy dotarli już do jej dna. Może w przyszłości będzie atrakcją turystyczną? Tak jak całe starożytne Szhim.


09:00, joannagrabowska_net , Co tam się dzieje?
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lipca 2009

Dawno, dawno temu - gdzieś na początku lipca - napisałam, że w Libanie nasi archeolodzy nie tylko kopią i konserwują. Dokumentują też zabytki odkryte w kwartale mieszkalnym w Jiyeh w 1975 roku przez libańską ekipę archeologiczną. Tamte badania przerwała wojna domowa w Libanie i nigdy już do nich nie powrócono.

- Z czterech miesięcy libańskich wykopalisk pozostało 600 zabytków złożonych w magazynach Muzeum Narodowego – opowiada dr Tomasz Waliszewski. - Trafiliśmy na ich ślad natrafili dopiero trzy lata temu. I już trzeci sezon je dokumentujemy. To pozwoli nam lepiej zrozumieć to stanowisko.

Dlatego do Muzeum Narodowego w Bejrucie codziennie wyprawia się z Jiyeh kilkuosobowa grupa i zasiada tam do rysowania i fotografowania zabytków. Są wśród nich monety, przedmioty metalowe, kandelabry, fragmenty zamków do drzwi, zawiasów, narzędzi. Dr Waliszewski: - Wszystko to Libańczycy znaleźli w latach 70. w pomieszczeniach mieszkalnych, w tych samych pokojach, które teraz badamy i które dlatego są teraz puste. Zbadanie tych przedmiotów jest ekstremalnie ważne.

W skład „ekipy dokumentacyjnej” wchodzą: Agnieszka Szulc-Kajak, Magdalena Makowska i Angelika Dłuska. Fotografują zabytki Bartosz Wójcik i Tomasz Wojtczak.

Oto, co o tych pracach napisała mi Agnieszka Szulc-Kajak. Jest na zdjęciu niżej podczas dokumentowania zabytków w Bejrucie. Hm, trochę się odwróciła. ;)

Agnieszka Szulc-Kajak podczas dokumentowania zabytków w piwnicy Muzeum Narodowego w Bejrucie

„Mamy do zadokumentowania w sumie kilkaset obiektów. Zabytki metalowe są grupą bardzo różnorodną, dzięki czemu pozwalają lepiej poznać i zrozumieć wiele aspektów życia mieszkańców antycznego miasteczka. Są to narzędzia, między innymi związane z rybołówstwem, fragmenty wag, naczynia, lichtarze, ozdoby, dekoracje ubrań, okucia i zawiasy czy zamki.

Wbrew pozorom również tak pospolite przedmioty jak gwoździe mogą dostarczyć istotnych informacji. Jeżeli na przykład są intencjonalnie zagięte możemy zmierzyć grubość drewnianej belki, w którą były wbite, mimo że ta się nie zachowała.

Zabytki te zgromadzone są w dwóch miejscach - w magazynie Muzeum Narodowego ulokowanym pod siedzibą Departamentu Starożytności w Bejrucie oraz w muzeum w Beiteddine. Z punktu widzenia ekipy pracującej w tych miejscach ma to dość istotne znaczenie. Do Bejrutu dojeżdżamy z Jiyeh, pokonanie tej trasy i przedarcie się przez poranny korek w stolicy zajmuje około półtorej godziny, powrót jeszcze więcej, a temperatura w autobusie gwarantuje nam darmową saunę. Ze względów bezpieczeństwa zabytki, nad którymi pracujemy nie mogą być wynoszone poza miejsce ich przechowywania, a tak się składa, że jest to duszna piwnica, oddzielona od reszty budynku metalową kratą…

W poniedziałek wraz z rysowniczkami i konserwatorką Magdaleną Szewczyk przybyłyśmy do drugiego muzeum. Beiteddine to urocze górskie miasteczko znane z pięknego pałacu. To właśnie w nim mieści się muzeum i przestronny magazyn, którego okno wychodzi na dziedziniec. Bardzo przyjemna odmiana. Tym bardziej, że na czas pracy, dzięki uprzejmości kustosza muzeum, zamieszkałyśmy w pokoju gościnnym, na pierwszym piętrze tego zabytkowego budynku, z okien i tarasu mamy widok na cały pałac i góry.

Muzeum w Beiteddine

Muzeum w Beiteddine

Ale to nie wszystko - właśnie trwa tu coroczny festiwal. Co kilka dni na dziedzińcu, czyli dokładnie pod naszymi oknami, odbywają się koncerty. Mieliśmy przyjemność posłuchać np. jazzowej artystki Madeleine Peyroux.”

Zdjęcia: Bartek Wójcik

23:54, joannagrabowska_net , Co tam się dzieje?
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2009

Dziś Jarek Kret pokazuje nam archeologów w Jiyeh, czyli antycznym Porfirejonie. - To zupełnie inne miejsce niż Szhim czy Kaftun. Choć nad samym morzem, w malowniczym miejscu, to jednak trudniej je pokazać. Ruiny są tu skromne. Widać je niekiedy góra metr, półtora nad ziemią. Zwykle jednak trzeba się do nich dokopywać.

Ale i tu Jarek zarejestrował kilka czarodziejskich obrazów. Oto one:

To zdjęcie nazywam "Tomasz zadumany" - opowiada Jarek. Tak zobaczył pewnego wieczoru dr. Tomasza Waliszewskiego.

A tu Indiana Jones na wykopie. Tym żurawiem wydobywa się ziemię z miejsca pracy archeologów

Nadal na wykopie.

A tu już mniej romantyzmu. Praca na wykopie w ostrym słońcu.

Ale zakończymy po czarodziejsku. Arczi ogląda plan stanowiska.

To trzecia część Galerii Jarka Kreta. Można by spodziewać się końca, ale tak nie będzie. Jarek obiecał podesłać kolejne fotografie. A poza tym 31 lipca leci do Libanu. Znów będzie tam czarować ;).

Dziś uzupełniam jeszcze Jarkowe opowieści do zdjęć "Kret - czarodziej - w Kaftun". Za jakąś godzinkę będzie można je poczytać.

czwartek, 23 lipca 2009

Tak naprawdę to praca archeologa jest nudna i żmudna. To dłubanie w ziemi, wyszukiwanie skorup. Co w tym ciekawego, zwłaszcza na zdjęciu? Postanowiłem: nie będę fotografować "technologii" pracy tylko poszukam jakiegoś klucza., żeby pokazać w sposób ciekawy tę archeologię - mówi Jarek Kret.

Dziś zaprasza nas do oglądania Szhim. To wioska w górach, 7 km od wybrzeża, o której już pisałam w jednej z pierwszych notek. - Tam, w rzymskich ruinach starałem się sfotografować archeologów tak, by byli podobni do rzeźb, by nagle stali się fragmentami tych ruin. Pokazywałem też tzw. życie codzienne - mówi.

Jarek: - Archeolożka w ruinach rzymskiej świątyni wygląda jak jakaś antyczna rzeźba. Przed nią na kamieniu stoi kufa, czyli kosz do noszenia gruzu. Został zrobiony ze starej opony. Dziewczyna ogląda wyjęty z niego fragment. Wszystko rozjaśnia poranne słońce. To zdjęcie pokazuje archeologów w ich raju, wpisanych w rzeczywistość, którą odkrywają. Nagle stają się bohaterami tej rzeczywistości i tego miejsca. A samo miejsce - ożywa.

Z tych ruin archeolog wyłania się jak rzeźba klasyczna. Ale celowo zmieściłem w kadrze jego zeszyt z pacyfkami i tę nibykielnię, niezbędną w ekwipunku archeologa. Odgarnia się nią ziemię. Ta pacyfka jest po to, żebyśmy za daleko nie poszli w przypuszczeniach, że to może jakiś młody bóg.

Te osty są suche, ale nie martwe. Gdyby je podlać, natychmiast by ożyły. Jak stojące za nimi ruiny. Nie chciałbym tworzyć wielkich paraleli, ale przychodzi mi na myśl film nagrany przez Pink Floyd w Pompejach – wspaniały koncert. Ten zespół, nawiązując do klasycznej sztuki, motywów, ożywił Pompeje. Pokazał, że dawna sztuka żyje. Nie bał się pokazać, że jego nowoczesna rockowa muzyka, może mieć elementy klasyczne. Te osty z kolei pokazują, jak niewiele potrzeba, by przywrócić do życia martwe ruiny w Szhim. A tymi, którzy przywracają je światłu dziennemu są archeolodzy.

Jesteśmy cały czas w tej samej świątyni w Szhim. Tu w malutkim okienku - archeolożka. Wygląda jak płaskorzeźba.

A to już tak zwane życie codzienne. Tu kuchnia polowa w Szhim. Atmosfera niby wakacyjna, ale tak naprawdę warunki życia i pracy są bardzo ciężkie. Śpi się na dachu pod gigantyczną moskitierą na materacach.

Poobiednia sjesta. To czas pisania listów albo czytania książki. Oczywiście zawsze trzeba mieć pod ręką killera na robactwo. No i to radio z polską muzyką. Ciekawy sprzęt. Można z niego słuchać polskiego radia. Kilka lat temu ktoś nagrał na taśmę parę godzin zwykłych polskich audycji z muzyką i informacjami. Do tej pory puszczają to sobie.

Julka i modliszka.

I tylko modliszka, na suszącym się kostiumie kąpielowym.

A to dłoń pewnej Francuzki. Przyjechała na wykopaliskach, choć wkrótce miała rodzić. Znalazła fragment lampki oliwnej z krzyżem. Wszyscy zastanawiali się jak tę skorupkę zinterpretować. W Szhim głównie takie przedmioty się znajduje. Bo to jest grzebanie na śmietnisku. Gdy ktoś znajdzie całą lampkę oliwną, to jest to duże wydarzenie. Zwykle wykopuje się je w częściach, które trzeba sklejać. Podczas jednego z sezonów miałem szczęście. Znalazłem trzy kompletne lampki oliwne, kilka monet, i parę jakichś dziwnych haczyków. To był skarb! Wszyscy byli wściekli, że siedziałem parę tygodni i coś takiego a oni przez parę miesięcy znajdowali tylko skorupy.

środa, 22 lipca 2009

Jarka Kreta na pewno znacie. Ale raczej nie od tej strony, którą tu pokaże. Bo tym razem nie zapowie pogody. Zobaczycie, co go fascynuje i zajmuje od lat. A wkrótce także o tym poczytacie...

Jarek z wykształcenia jest egiptologiem. Nic więc dziwnego, że ma ciągoty archeologiczne. Kilka razy był z naszą ekipą na wykopaliskach w Libanie. Zrobił tam masę zdjęć. Niezwykłych. Niestety, zaliczyłam przez nie gafę i do dziś mi głupio. Kiedy dostałam paczkę fotografii z wcześniejszych misji do Jiyeh, Kaftun i Szhim, zapytałam Jarka: "Twoje?". "Nie. Moje są czarodziejskie" - odparł. Trochę mnie zatkało takie podejście do sprawy, ale potem zrozumiałam, o czym mówi. Jego zdjęcia nie dokumentują ciężkiego znoju naukowca podczas ekspedycji, nie dokumentują wykopalisk. Jest w nich coś zupełnie innego. A co mam na myśli zrozumiecie, gdy obejrzycie galerię. Całą.

Dziś otwieram jej pierwszą część. Jeszcze nie ze wszystkimi opowieściami Jarka, bez podpisów (będę je każdego dnia uzupełniać), ale już do oglądania. Trochę przeszkadzają znaki wodne, proszę jednak o wybaczenie i zrozumienie. Fotografie nie były dotąd publikowane i chronione są prawami autorskimi. Bez zgody Jarka nie wolno ich rozpowszechniać.

Pojechał Kret na wykopki i trafił na dzika i niedźwiedzia

Pojechał Kret na wykopki i dostał się między dzika i niedźwiedzia. - Zdjęcie zdecydowanie pozowane. Ale i tak je lubię - mówi Jarek. Zostało zrobione w muzeum mozaik w Beiteddine.

A teraz kościół w Kaftun. Tam od kilku lat pracują polscy konserwatorzy. Popatrzcie, jak Jarek pokazuje ich pracę...

 

Po prawej jest kościół, w którym prowadzone są prace konserwatorskie, a niżej wnętrza i wspaniałe malowidła poddawane konserwacji.

A teraz poznacie małą obsesję Jarka. Ma je na punkcie... drabin. - Uwielbiam je - przyznaje. - Zawsze bardzo dobrze mi się kojarzą. To symbol wspinania się w górę o własnych siłach. Także ta drabina pomaga naszym konserwatorom - np. wspinać się na szczyty ich umiejętności. A w głębi jest dziewczyna. Wyrwana ze swojej rzeczywistości stałą się fragmentem malowidła.

Mnóstwo tajemnicy kryje się w tym zdjęciu. Dziewczyna wykonała taki gest dłonią, który bardzo do tego malowidła pauje - mówi Jarek. - Wygląda niemal jak święta, która machnęła sobie ręką. Idealnie wpisała się w to malowidło.

Jarek: - To moment odkrycia malowidła z Matką Boską, ukrytego między dobudowanym kiedyś, obniżonym stropem a dachem. Jest jeszcze przysypane gruzem. Na tym poddaszu malowideł było więcej. Żeby zrobić to zdjęcie, musiałem wejść na dach kościoła. Jak się dobrze przyjrzeć tej fotografii to widać, że Krzysiek Chmielewski, szef warszawskich konserwatorów z ASP, wykonuje taki sam gest dłonią jak Matka Boska. Tylko że drugą ręką - jak w lustrzanym odbiciu.

- To śliczne dziewczę, które wyłoniło się z czerni i pędzelkiem poprawia coś na malowidle, jest po prostu niezwykłe. Samego fresku właściwie nie widać, ale przez to konserwatorka wygląda jakby była postacią z niego.

- Uwielbiam to zdjęcie. Ten człowiek ma szaleństwo w oczach. Widać pasję, z jaką wykonuje swoją pracę.

- To zdjęcie nazwałem „Dotknięcie anioła”. Cień ręki – właśnie anioła - wychodzi nie wiadomo skąd i styka się z ręką dziewczyny.

- To zdjęcie wyraźnie pokazuje dwie rzeczywistości: fresku i naszą. Poszarpane malowidło wyrwane z całości ściany a pod nim, w ciemności pod łukiem - konserwatorka, wyrwana z naszego świata. Obie rzeczywistości zlewają się tu w jeden obraz.

- Dwa profile: apostoła i dziewczyny. Apostoł patrzy na konserwatorkę jakby z oburzeniem. Ona spokojnie poprawia coś jego kumplowi pędzelkiem. Połączyły się tu dwa światy - jego i jej. W dodatku bardziej dynamiczną postacią zdaje się być ten apostoł. Ona jakby zastygła w oczekiwaniu na zaproszenie do jego świata. On zaś tym surowym spojrzeniem mówi jej: „Nie jestem pewien, czy mam cię tu wpuścić”.

- A tu jakby dalszy ciąg poprzedniej sceny. Profil dziewczyny wpisał się w malowidło. Czyżby apostoł wpuścił ją do swego świata?

- Chłopak w aureoli. Za swą pracę otrzymał nagrodę.

Czy ci wszyscy, jak najbardziej współcześni, ludzie nie są integralnymi elementami obrazów? Jutro więcej: Kret - czarodziej - w Szhim. I uzupełnię te zdjęcia o opowieści Jarka ;)

niedziela, 19 lipca 2009

Naukowa ekipa w Jiyeh z pełną powagą poszukuje nie tylko śladów i artefaktów z przeszłości, ale też muszli ślimaków. Do czego im są potrzebne?

W jednej z pierwszych notek pisałam już, że antyczna nazwa dzisiejszego Jiyeh to Porfirejon. Od barwnika - purpury. Naukowcy twierdzą jednak, że to na razie tylko poszlaka. Bo jeśli Jiyeh było Porfirejonem to powinni tam znaleźć warsztaty produkcji purpury no i dużo muszli ślimaków. A póki co mają ich tylko kilka. To zdecydowanie za mało, ale nie tracą nadziei, że znajdą więcej.

Na razie od Bartka Wójcika dostałam całą garść bardzo fajnych informacji o produkcji purpury i zdjęcia muszelek znalezionych przez archeologów podczas sondażu w pomieszczeniach kwartału mieszkalnego. Już je podaję.

„Przede wszystkim istotne i poszukiwane przez nas muszle nalezą do ślimaków o łacińskich nazwach: Murex Trunculus i Murex Brandaris. To z nich wytwarzano w starożytności purpurę.”

Muszla mureksa, ślimaka z którego Fenicjanie wytwarzali purpurowy barwnik

Pierwsze ślady wytwarzania purpury z mureksów zostały odkryte na Krecie w osadzie Myrtos. Trudnili się tym już w XIV wieku p.n.e. Minojczycy. Mówi o tym informacja spisana pismem linearnym B na tabliczce datowanej właśnie na czasy sprzed 3400 lat. Fenicjanie - jak pisze Bartek - rozpoczęli produkcję purpury znacznie później, bo w XI wieku p.n.e. Zajmowali się tym aż po okres rzymski, a głównymi ośrodkami produkcji purpury były Tyr i Sydon.

Ślimaki: Murex Trunculus, Murex Brandaris i Thais Haemastoma (tzw. Szkarłatnik) występują we wschodniej części Morza Śródziemnego i w Morzu Czerwonym. Są drapieżnikami. Mają gruczoł wytwarzający jad, który paraliżuje ofiarę. To z tego jadu wytwarzana była purpura.

Muszla mureksa, ślimaka z którego Fenicjanie wytwarzali purpurowy barwnik

Proces pozyskiwania „surowca” i jego „obróbkę” opisał w I wieku n.e. Pliniusz Starszy w swojej „Historii naturalnej” (kto jest bardziej wrażliwy niech pominie cztery następne zdania, bo są trochę... odrażające). Według niego ślimaki odławiano z początkiem wiosny, kiedy już złożyły ikrę. Nie tylko dla ochrony gatunku, ale też dlatego, że wtedy miały najwięcej barwnika. Duże okazy były rozcinane i wycinano im gruczoł. Małe były rozgniatane wraz z muszlami. Powstawał matowy biały sok, który solono i zostawiano na trzy dni. Potem wszystko zalewano wodą i gotowano. Uwarzony roztwór - żółto-niebieski - ponownie zostawiano w spokoju - tym razem na dziesięć dni. A w tym czasie szykowano przędzę. Bo nici do farbowania musiały być wyprane. Farbowano je mocząc kolejno w dwóch kadziach. W pierwszej farba była słabsza, w drugiej mocniejsza. Potem przędzę dokładnie odsączano, bo barwnik nadawał się do powtórnego wykorzystania.

Efekty farbowania widoczne były dopiero po wysuszeniu nici. Podczas suszenia następował bowiem proces utleniania, podczas którego barwnik zmieniał kolor na fioletowy i ciemnopurpurowy.

Austriacki chemik P. Friedlander w 1909 roku otrzymał purpurę postępując według receptury spisanej przez Pliniusza. „Uzyskał 1,5 grama barwnika z 12 tys. ślimaków. Farbując tkaninę ściśle przestrzegał zaleceń stosując ok. 3 kg roztworu wody i barwnika na każdy kilogram tkaniny.” - napisał Bartek i dorzucił kilka następujących ciekawostek.

Na przykład w edykcie Dioklecjana o cenach maksymalnych wymienionych jest 21 rodzajów tkanin i szat purpurowych. Purpurowa szata jedwabna jest w nim wymieniona jako najdroższy towar - kosztowała 150 tys. denarów. Znacznie tańsza była szata wełniana - 32 tys. denarów. I dla porównania zarobki: dniówka robotnika - 25 denarów, a nauczyciel greki i łaciny zarabiał miesięcznie 200 denarów od ucznia.

Handel purpurą i purpurowymi tkaninami był bardzo intratny. W okresie rzymskim kupcy sprzedawali je do Arabii, Indii i Chin.

15:27, joannagrabowska_net , Co tam się dzieje?
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 lipca 2009

W pomieszczeniu nr 20 archeolodzy znaleźli kilka podłóg i warstw zasypiskowych z różnych okresów. Co to znaczy? Czego szukają?

Kiedy w poprzednim sezonie archeolodzy odkrywali zabudowania kwartału mieszkalnego, sporządzili plan. Zaznaczyli na nim 70 pomieszczeń z okresów rzymskiego i bizantyjskiego. Spośród nich wybrali teraz trzy pomieszczenia o numerach: 4, 20 i 44 do prowadzenia w nich sondaży.

- Są dla nas ważne, bo opowiadają historię nieznaną – powiedział mi dr Tomasz Waliszewski. - Po pierwsze, dlatego że stanowisk archeologicznych w miarę dobrze zachowanych na wybrzeżu libańskim nie ma. Zostały zniszczone. Po drugie, jeśli coś było kopane, to nie było opublikowane. Dlatego robimy wszystko od nowa. W tym roku interesuje nas zagłębienie się w czasie na tym stanowisku. Zaglądamy pod podłogi tych domów rzymsko-bizantyjskich, bo pod spodem jest wcześniejsza historia. Znajdujemy tam ślady użytkowania z osadnictwa z czasów hellenistycznych i perskich. Dawniej mówiło się o Jiyeh-Porfirejon tylko jako o osadzie rzymsko-bizantyjskiej. Sięgaliśmy maksymalnie do okolic I wieku p.n.e. A teraz możemy spokojnie przyznawać się do XI wieku p.n.e., czyli wczesnej epoki żelaza.

Dowody na cofnięcie historii stanowiska przynajmniej o 1000 lat archeolodzy znaleźli w pomieszczeniu 44. Pisałam o tym w czwartek. Dziś będzie krótkie story o pomieszczeniu nr 20.

W nim także widać, że mury domostw rzymskich, użytkowanych jeszcze w czasach bizantyjskich, były stawiane na murach wcześniejszych, co najmniej hellenistycznych.

Dr Tomasz Waliszewski wizytuje prace sondażowe w pomieszczeniu nr 20

Dr Tomasz Waliszewski wizytuje prace sondażowe w pomieszczeniu nr 20. Fot. Bartek Wójcik

Dr Waliszewski opowiada: W pomieszczeniu 20, gdy patrzy się na wszystkie nawarstwienia od góry, to na samym wierzchu widać podłogę zrobioną z płyt kamiennych. Zdjęliśmy jej część i pod nią ukazała się wcześniejsza. Z wylewki wapiennej. Taka zwykła, wylana na otoczaki kamienne. Zbadaliśmy skorupy ceramiczne, które były między tymi podłogami. Okazało się, że jesteśmy w warstwie z V, a nawet VI wieku. To znaczy, że kamienna podłoga została ułożona około VI wieku, a wcześniejsza - przed V-VI wiekiem. Gdy schodzimy niżej znowu natrafiamy na grubą warstwę zasypiskową.

W niej - jak napisał Mariusz Gwiazda - dużo było ceramiki, kości zwierzęcych i szkła. Ta warstwa została wyraźnie zwieziona z jakiegoś pobliskiego śmietniska. - Dlatego znajdujemy ceramikę, która jest zarówno z III wieku p.n.e., jak i z IV wieku n.e.  To 700 lat przestrzeni czasowej – dodaje dr Waliszewski.

Mariusz Gwiazda przy sondazu w pomieszczeniu 20. Fot. Bartek Wójcik

Mariusz Gwiazda przy sondazu w pomieszczeniu 20. Fot. Bartek Wójcik

Według niego, chodziło o stworzenie warstwy izolacyjnej: - Mieszkańcy wioski zaczęli prace na poziomie podłogi, która istniała tam wcześniej. Prawdopodobnie w IV wieku n.e., czy rzeczywiście, dowiemy się, gdy dotrzemy do niej. Dziś trudno powiedzieć, dlaczego potrzebne było wówczas podniesienie poziomu podłogi w tym domu aż o 1,5 metra. Może dlatego że w sąsiedniej uliczce dokonano podobnych zmian. Stąd wzięła się tu ziemia ze różnymi śmieciami.

Naukowcy chcą zbadać historię tego pomieszczenia aż do samej skały. Chcą wyjąć z niego wszystko to, co zostało tam ułożone jak w torcie przez około 1500-1600 lat. Bo – jak przypuszczają – tyle czasu trwała tam kumulacja różnych śmieci.

W śmieciach były różności: kości zwierzęce, szkło, niewielkie fragmenty brązu i kilka tysięcy skorup z okresu od III w. pn.e. do IV wieku n.e. Wszystko to pozwala im datować zasyp na okres późnorzymski.

Ciekawym znaleziskiem są też ślimacze muszle. Ale o tym – w następnym wpisie. Czekam na ich zdjęcia.

11:53, joannagrabowska_net , Co tam się dzieje?
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3